Fundacja Mamy i Taty chce, żeby oni oboje mieli w wyborach tyle głosów, ile napłodzili dzieci. To kolejny sposób zagwarantowania PiS-owi wyborczego zwycięstwa. Siła polityczna obywateli zależałaby od tego, jak wiele pobierają „500 plusów”, którymi mierzy się wdzięczność dla rządu. Powstałyby jednak wówczas nowe problemy wyborcze. Skoro zarodek jest dzieckiem, moc wyborczą musiałby określać ginekolog według testu ciążowego. Nie można przy tym dopuścić do tego, żeby niektórzy potomkowie kolaborantów z PRL (i inne esbeckie nasienia) nabrali większego znaczenia politycznego niż bezdzietni potomkowie styropianu. „Mama z tatą” był to 50 lat temu spirytus rozwodniony słodkim sokiem. Do wyrzygania.