cotozazoltaplamka_wiaterNie znoszę piskliwego głosu premier Szydło, która przy tym zawsze zawodzi jak wiejska baba, której zdechła krowa. Bawi mnie natomiast jej mowa ciała. Na występ w Rzymie, żeby być widoczną, uszyła sobie jaskrawożółty mundurek warszawskiej premierzycy i wyglądała jak wielkanocny kurczak niesiony do kościoła w koszyku ze święconką. Prawdziwi przywódcy państw rozpoznawalni byli z twarzy. Gdy Tusk witał rodaczkę z uprzejmym uśmiechem, jej sztywna twarz wyrażała strach przed Kaczyńskim, który mógłby ją wyrzucić z posady za odwzajemnienie grymasu temu przestępcy. Podpisawszy dokument, rozłożyła ręce w geście zadowolenia z siebie mówiącym: chcieliście, to macie, voilà, dla mnie to jak splunąć. Będąc z innymi menedżerami państw u gadatliwego papieża, rzuciła się przed nim na kolana i wpiła w jego rękę. Polskie telewizje nie pokazały zdumionych twarzy jej koleżanek i kolegów gapiących się na Szydło jak na połykacza ognia. Franciszek swą uprzejmość posunął tak daleko, że nie kazał zdezynfekować sobie przedniej kończyny obślinionej polskimi zarazkami, w tym bakcylem trądu narodowego.